niedziela, 10 lipca 2016

Rozdział 23

Hey!

Ostatnio wstawiłam tu coś trzy tygodnie temu - ech ;-; I żeby nie mącić, uznaje to za nową 'przerwę' pomiędzy rozdziałami, czyli po prostu będę wstawiać co trzy tygodnie. Zaczęły się wakacje, więc mam wiecej czasu wolnego, a co za tym idzie to to, że również więcej spraw na głowie.


Mam nadzieję, że zrozumiecie :)


Nie przedłużając, zapraszam do czytania


Enjoy!



PS Zapraszam też chętnych do zakładki SPAM - możecie tam znaleźć kilka fajnych linków do innych opowiadań (tzn. na razie jeden xd ale mam nadzieję ze z czasem ich przybędzie) oraz możecie się też reklamować, więc... tak tylko mówię :v

~~*~~

Odkąd Harry i Hagrid zagłębili się w czeluściach Zakazanego Lasu, uczucie niepewności napierało na chłopaka z coraz większą intensywnością. Czuł jakby ktoś położył mu dłonie na piersi i pchał do tyłu, aby zawrócił i wrócił do zamku. Za pomocą siekierki odsłaniał sobie drogę, która jak na złość pozarastana była gęstymi krzewami. Ostrze cięło gałązki i dzięki temu Harry widział idącego przed nim Hagrida. Mężczyzna ciągnął za sobą sanie, na których już niedługo znajdą się równo pocięte kawałki drewna.
Doczłapali się na jakąś polanką pozasłanianą najwyższymi drzewami w lesie. Było tam dosyć ciemno.

- Hagridzie – zaczął Harry rozglądając się wokoło – Jesteś pewien, że to tutaj? – patrzył z powątpieniem na pustą polanę.

Olbrzym odstawił sanie na bok i wysmarkał zaczerwieniony od zimna nos w chusteczkę.

- Spójrz przed siebie.

Uniósł głowę i ujrzał gąszcz drzew. Jednak nie takich zwykłych. Ich gałęzie ruszały się i co rusz szarpały, jakby odganiały od siebie natrętne muchy. 

Były porośnięte kolcami i zgniłymi naroślami podobnymi do wodorostów, które o dziwo wyrosły z powoli próchniejącego pnia. Wyglądały przerażająco.

Harry wybałuszył oczy i spojrzał niedowierzająco na Hagrida.

- I ty masz zamiar to – wskazał na drzewa – ściąć? Przecież to nie możliwe. Pozabijamy się!

Jednak pół olbrzym zapewnił go, że już nie raz tu bywał i wie jak się z nimi obejść. Nieprzekonany Harry westchnął i chwycił mocniej siekierkę.

- W takim razie… jaki jest plan?

Półolbrzym kazał mu stanąć przy saniach i w razie czego użyć różdżki, gdyż ostrożności nigdy za wiele. Powolnym krokiem podszedł do drzew i wycelował w jedno z nich toporkiem. Trafił w sam pień. Roślina zadygotała i ugięła pod dziwnym kątem. Zamarła w bezruchu i opuściła gałęzie tak, aby pozostałe drzewa nie przeszkadzały Hagridowi w wykonywaniu zadania.

Mężczyzna uśmiechnął się i spojrzał na trzynastolatka.

- Widzisz? – skinął mu, aby podjechał saniami – Wystarczy jeden celny rzut i po sprawie.

- A co jeśli się jakoś obudzą?

- To nie możliwe! Teragory będą spały jak zabite, jeśli siekiera będzie w nich tkwiła. Pamiętaj, za żadne skarby jej nie wyjmuj, bo inaczej będzie z nami krucho.

I zaczęli ciąć. Na saniach utworzyła się pokaźna piramida drewna. Zadziwiające w teragorach było to, że pomimo iż odcięło im się gałąź, ta natychmiastowo odrastała. Harry poprawił szalik i rozprostował palce. Odruchowo spojrzał w ciemny las i zmarszczył brwi. Zauważył, że jedno z najdalszych drzew, które nie było zabezpieczone gałęziami tego pierwszego kiwało się we wszystkie strony i w szaleńczym tempie wydłużało swoje odnogi. Zaniepokojony zwrócił się do Rubeusa.

- Hagridzie…

Nagle usłyszał głuchy odgłos. Hagrid potknąwszy się o jedno z konarów drzewa wpadł na nie i straciwszy równowagę chwycił się wystającej siekierki. Ta pod dużym naciskiem z łoskotem wyślizgnęła się z drzewa i przyszpiliła płaszcz olbrzyma do podłoża.

- Hagrid! – krzyknął wskazując na ożywioną tyragorę.

Uderzyła mocno tuż obok Harry’ego, jednak ten zdążył odskoczyć. Półolbrzym krzyknął do chłopaka, aby unieruchomił drzewo zaklęciem. 

Harry wyjął różdżkę i wycelował w jedną z gałęzi.
Spudłował trafiając tuż nad nią. Strzelił ponownie, a ta zdenerwowana wystrzeliła w jego stronę i przerzuciła go trzy metry dalej.
Obolały podniósł się na łokciu i zasyczał czując ostry ból w lewej ręce. Już wiedział, że była złamana.

Znowu.

Widząc machającego tasakiem Hagrida chwycił pewniej swój patyk i rzucił zaklęciem ponownie, jednak nie w gałąź, a pień.
Gdy trafił, roślina zastygła w nienaturalnej pozie i w niepokojący sposób zacharczała dając znać jaka była wściekła.

Rozczochrany Rubeus spojrzał smętnie na swój podziurawiony płaszcz, ale i tak po chwili machnął na to ręką. Podbiegł do Harry’ego i ukląkł tuż przy nim.

- Harry, nic Ci nie jest? Cholibka, to nie tak miało wyglądać! – najwyraźniej zmartwiony stanem chłopaka podał mu dłoń i podciągnął do góry. 

Harry złapał się za lewe przed ramię i jęknął z bólu.

- Chyba jest złamane.

Gajowy przybrał jeszcze bardziej przygnębioną minę i wskazał na sanie.

- Usiądź na drewnie, powiozę Cię do zamku i odstawię do skrzydła szpitalnego. Pielęgniarka powinna coś zaradzić. Całe szczęście, że musiała dzisiaj wrócić i poukładać wysłane do niej eliksiry.

Albo mnie zabije za wyczerpywanie jej zapasów – pomyślał ironicznie.

Odstawili drewno pod chatę tego starszego i ruszyli w stronę Hogwartu. Harry był już przygotowany na reprymendę od starszej kobiety.

- Harry Potterze! – zagrzmiała opatrzywszy jego ramię. Postanowiła skorzystać z mugolskiej formy leczenia i zagipsowała ramię poszkodowanego – Nie użyję tym razem episkey, gdyż ze zdrową ręką znów będziesz nadstawiał karku i narażał własne zdrowie. Nic się nie stanie jak pomęczysz się co nie co z gipsem, prawda? – przyszpiliła niezadowolonego chłopaka, a następnie wcisnęła mu w dłoń kubek z jakąś substancją – Pij, przyspieszy leczenie – była najwyraźniej zdenerwowana. 

Ubrana w futro z lisów i czarną teczką w dłoni wyglądała jakby miała za 
moment stamtąd wyjść.

Chłopak przełknął gorzki napój i wzdrygnął się.

- Mówiłam, abyś na siebie uważał! – krzyknęła – Niedawno leżałeś w szpitalu, miałeś pogruchotane kości, a ty mi teraz przychodzisz ze złamaną ręką! Czy ty naprawdę chcesz się zabić?

- Nie… - mruknął.

Kobieta nerwowo poprawiła jego rękaw, w którym tkwiła zagipsowana ręka. Jawnie zmęczona wskazała na drzwi i westchnęła.

- Idź chłopcze. Wesołych świąt i obyś mi się tu do końca swojej edukacji nie pokazywał – pogroziła palcem – Ciesz się, że musiałam tu zajrzeć, bo gdybyś przyszedł godzinę później, musiałbyś sobie sam poradzić.

Zadowolony zeskoczył z łóżka i uśmiechnął się do kobiety.

- Wesołych świąt! – czmychnął szybko z pomieszczenia i napotkał zmartwionego Hagrida. Najwyraźniej na niego czekał.

- O, już jesteś? – wytarł dłonie w płaszcz – Jak, em, ręka? – wskazał niedbale na gips. Sprawiał wrażenie poddenerwowanego.

Chłopak zmarszczył delikatnie brwi i uśmiechnął się łagodnie, aby chociaż tym pocieszyć mężczyznę.

- Tak, poskładała je – spojrzał mu w oczy – Hagridzie, naprawdę. To nie twoja wina…

- A właśnie, że moja! – zakasłał i wysmarkał nos – Gdybym Cię tam nie wziął…

- Ale to była tylko i wyłącznie moja decyzja – wtrącił Potter – Sam chciałem Ci pomóc i sam poszedłem za tobą – zaakcentował – Ostrzegałeś mnie, ale i tak zdecydowałem pójść i Ci pomóc. Hagridzie… - położył mu dłoń na łokciu, gdyż dalej nie sięgał – nawet się nie zamartwiaj. Proszę. Wszystko gra – uśmiechnął się promiennie i wskazał na gips – Wiem, że to strasznie wygląda, ale innego wyjścia nie było. Jeszcze nie raz będziesz mnie takiego widział.

- Oj no! Nie kracz Harry – pogroził palcem, lecz jego mimika wskazywała na to, że był bardziej szczęśliwy niż zły – Jednak kurczę… to ja jestem tym dorosłym i powinienem przewidzieć, że to niebezpieczne brać Cię w te chaszcze – skrzywił się – Oby nie było powikłań – dotknął delikatnie ręki chłopaka, bojąc się, że jeszcze coś zepsuje.

- Nie będzie – zapewnił go Harry z lekkim uśmiechem.

Półolbrzym spojrzał na zewnątrz i podrapał się po brodzie.

- Cholibka, która to godzina? Masz zegarek?

- Jest… - spojrzał na tarczę – Po trzynastej.

- Na brodę Merlina! – krzyknął mężczyzna – Moje jajko! Grzeje się w kociołku nad ogniem.

Trzynastolatek wybałuszył oczy i spojrzał na przyjaciela z niedowierzaniem. On chyba sobie żartował.

- Kolejne? – jęknął nieznacznie. Nie podobało mu się to.

Hagrid zdawał się tego nie zauważyć i z entuzjazmem odpowiedział

- Tym razem trafił mi się porządny okaz miniaturki Czerwoniaka Bermudzkiego – oznajmił z dumą – Kiedyś wpadniesz do mnie z Ronem i Hermioną, by go zobaczyć, nie?

Aby nie zrobić mu przykrości pokiwał głową i uśmiechnął się nieco krzywo.

- Tak, będę zaszczycony.

Uszczęśliwiony olbrzym poczochrał go po głowie i skierował się w drogę powrotną, życząc mu wesołych świąt i szczęśliwego nowego roku.

~~*~~

Nazajutrz, Harry obudził się około siódmej i wstał z niegrzeszącego porządkiem łóżka, by zawlec się do jakże dalekiej łazienki. Spojrzał na swoje odbicie i stwierdził, że już gorzej jego włosy nie mogły wyglądać. Każdy kosmyk odstawał w inną stronę.

- Wyglądam jakby mnie piorun trzasnął – mruknął nakładając miętową pastę na szczoteczkę.

Po ubraniu się – co było trochę trudne, zważając na przeszkodą, jaką był gips - sprawdził czy, aby na pewno wszystko wziął i zaczął ogarniać pokój. Od pościeli, po liczne papierki pod łóżkiem. Otworzył też okno, aby trochę wywietrzyć. Poprawił żgający go w szyję rękaw do podtrzymywania złamanej ręki i ze zdrową dłonią w kieszeni wyszedł z pokoju, aby skierować się na śniadanie.

Nie zastał tam nikogo, prócz małej, złożonej w jakiegoś kwiatka karteczki z wiadomością. Zaskoczony chwycił origami i rozwinął odczytując jego zawartość.

Będziemy czekać na dziedzińcu o dziewiątej. Weź wszystko co potrzebne :)

Remus i Syriusz.

Uśmiechnięty pochłonął całe śniadanie, które składało się z najpospolitszej jajecznicy, kanapki z fetą i pomidorem oraz soku pomarańczowego. Na środku stołu ujrzał samotnie leżące na małym talerzyku maślane ciastko. Zachęcony chwycił i zawinął smakołyk w serwetkę, aby schować je do kieszeni swojej zielonej bluzy z kapturem. Gdy spojrzał na zegarek, szybko złożył sztućce na talerzu i skierował się do pokoju wspólnego, aby znieść torby.

W połowie drogi przystanął i prychnął kręcąc głową.

Jak on je zniesie. Przecież ma złamaną rękę. A tego zaklęcia zmniejszającego torby za cholerę nie mógł sobie przypomnieć. A jeszcze niedawno Hermiona mu o nim trajkotała, gdyż było bardzo przydatne.

Trzeba było słuchać – odezwał się w jego głowie głosik łudząco podobny do tego Hermiony.

Zastanowiwszy się, postanowił poprosić o pomoc Syriusza i Remusa. Ruszył w stronę ich gabinetu i zapukał w drewniane drzwi. Otworzył mu Lupin.

- Och, Harry – powitał go z uśmiechem – Przeczytałeś wiadomość, którą zostawiliśmy w wielkiej sali?

- Em, tak – skinął głową – Jednak mam mały problem, bo widzisz… - wskazał na gips – Nie mogę sobie przypomnieć tego zaklęcia zmniejszającego kufry i… no – wyszczerzył się zakłopotany.

Mężczyzna zaskoczony spojrzał na jego rękę i pokręcił głową.

- Dziecko, ty naprawdę się kiedyś zabijesz. Kiedy Ci się to stało?

- Wczoraj, całe szczęście, że Pomfrey musiała wrócić do zamku coś załatwić. Opatrzyła mi rękę i jest już dobrze. Jakoś.

- A nie mogła użyć episkey? Działa tak samo na kości kończyn jak i na nosy – przypomniał sobie spektakularną bójkę Syriusza na siódmym roku z jednym krukonem podwalającego się do jego dziewczyny. Sam uleczył Blacka, aby Gryffindor nie stracił punktów. Cudem nie przyłapała ich McGonnagall.

- Pielęgniarka była trochę zła – trochę… - i powiedziała, że nie zaszkodzi mi, gdy pomęczę się z gipsem przez pewien okres czasu.

Blondyn pokiwał głową z westchnięciem, lecz po chwili zmarszczył brwi. 

Zamknął kwatery i ruszył z Harrym w stronę wierzy gryfonów.

- A co z quidditchem? Przecież ręka nie uleczy Ci się po dwóch tygodniach, a jak wiemy, po przerwie czeka Cię mecz.

Chłopak pokręcił głową w niewiedzy i przeczesał włosy dłonią.

- Z tego co wiem, pani Pomfrey jest fanką quidditcha, więc tak czy siak zlituje się i rzuci to głupie episkey, abym był zdolny do gry. Ten gips jest raczej do uświadomienia mi, że nie zawsze wyjdę cało z różnych opresji – stwierdził rzeczowo – a jeżeli nie, to sam się do niej zwrócę i o to po proszę. Nie mogę zostawić drużyny bez szukającego. Nie mamy zapasowego.

- No tak, to byłby duży cios dla Wooda. To jego ostatni rok.

- Właśnie – przyznał mu rację – Nie chcę go zawieść.

Remus zgodził się pomóc Harry’emu znieść kufer i klatkę z Hedwigą. Gdy przeszedł przez obraz do pokoju wspólnego przystanął i uśmiechnął się delikatnie wpatrując się w dekoracje i obrazy wiszące na ścianach.

- Nic się tu nie zmieniło – oznajmił podchodząc do bordowych, miękkich kanap – Ha, nawet ta łata na poduszce z mojego czwartego roku… - pokręcił niedowierzająco głową – Taki szmat czasu, to po prostu niedowierzające. Czuję się jakby to było zaledwie wczoraj. Oj Harry, dopilnuj, że wykorzystasz swoją młodość najbardziej jak tylko możesz. Nim zdążysz mrugnąć staniesz się dorosłym z wieloma obowiązkami na głowie.

- Ron by się z tobą wykłócał, że życie nastolatka jest równie problematyczne. Na przykład odrabianie wypracowań na wróżbiarstwo. Wymyślanie snów specjalnie takich, w których ktoś życzy mu śmierci, by profesorka zaczęła swój standardowy monolog o ponuraku jest wyjątkowo irytujące. Lecz jej reakcje są po prostu boskie – wyszczerzył zęby do Lupina.

Mężczyzna zachichotał pod nosem i z błogim uśmiechem na ustach zwrócił się do Harry’ego.

- Oby jego zmartwienia w przyszłości były tak błahe jak te które ma teraz, z całego serca mu tego życzę – w jego oczach zamigotało coś niespodziewanego. Krótki błysk, który zwrócił uwagę chłopaka. Jednak po chwili nie było po nim śladu – To jak, znosimy twoje torby? – spytał kierując się w stronę schodów.

Harry wpuścił go do dormitorium i chwycił klatkę z sową.

- Ją mogę nieść, jednak… - skinął głową na kufer – To już nie za bardzo.

- Nie ma problemu – blondyn wyjął różdżkę i zmniejszył walizkę do rozmiarów małego pudełka. Podał je Harry’emu i rozejrzał się po dormitorium – Wasz rocznik jest wyjątkowo schludny, w porównaniu do tego co my z Syriuszem i twoim ojcem wyprawialiśmy po ciszy nocnej. Sam fakt, że codziennie nasze poduszki albo buty lądowały za oknem na błoniach… - zaśmiali się szczerze i skierowali swe kroki na dziedziniec – 
Syriusz zaraz powinien przyjść.

- A wasze torby? Też są zmniejszone?

Remus poklepał przednią kieszeń spodni i wzdrygnął się.

- Moja kurtka została w kufrze, a nie chce mi się jej wyjmować. Świstoklik aktywuje się za pięć minut. Niech Syriusz się pośpieszy.

Jak na zawołanie zza rogu wyłonił się uśmiechnięty Black z… oryginalnym okryciem głowy. Była to czapka Mikołaja z kolorowymi diodami na brzegach.

- I jak świąteczne humorki? Mam nadzieje, że wszystko w porządku – podszedł i podał Remusowi granatowy bawełniany szalik – Zostawiłeś w salonie na komodzie – oznajmił, a następnie uśmiechnął się do Harry’ego i zaskoczony spojrzał na jego rękę – A tobie co się stało?

Chłopak uśmiechnął się i wzruszył ramionami.

- Mały wypadek, nic wielkiego, naprawdę – uspokoił profesora zmarzniętą Hedwigę, która co rusz dziobała go w zieloną bluzę – Bardzo ładna czapka Syriuszu.

Czarnowłosy strzelił banana i odchylił wpadający mu do oczy biały pompon. Miał w sobie dzwoneczek i z każdym ruchem brzęczał radośnie.

- Harry, nie wiem czy to twoja pierwsza podróż świstoklikiem, jednak ostrzegam. Trzymaj się nas mocno, bo nieźle zarzuca.

- Czasem niektórzy się puszczali w czasie lotu i trafiali albo na środek pustyni lub w centrum oceanu – z niewinnym wygięciem ust  ‘dodał’ mu otuchy.

Harry spojrzał niedowierzająco na Syriusza i już miał się o coś spytać, lecz Lupin nakazał chwycenie świstoklika. Było to stare pudełko po fasolkach wszystkich smaków.

- Uwaga! Raz, dwa… trzy!

Chłopak poczuł zasysającą go do wewnątrz przedmiotu siłę, która nie dość, że sprawiła, że miał zawroty głowy i obraz przed oczyma mu się załamywał, to czuł jakby miał zaraz odlecieć. Dosłownie.

Wylądowali na jakiejś zaśnieżonej polanie otoczonej sosnami. Harry upadł na plecy i jęknął gdy poruszył dłonią.

- Ech, czasami podróże ze złamanymi kośćmi są dość bolesne – Black podał mu rękę i postawił na nogi – Nic Ci nie jest, prawda?

Chłopak zaprzeczył i rozejrzał się.

- Gdzie jesteśmy? Przypomina nieco Alaskę – jego uwagę przykuły wysokie góry wyrastające ponad las.

Syriusz zarechotał i klepną Remusa w ramię.

- Widzisz? Nawet on podziela moje poglądy. Że też wybrałeś sobie za dom taką lodówkę – posłał mu złośliwy uśmiech – Ale przynajmniej nie musisz się martwic upałami i promieniowaniem słońca. Do dziś pamiętam akcję z samoopalaczem na weselu Franka.

Mężczyzna pokręcił głową spoglądając na rozbawione twarze towarzyszy. Zaprowadził ich do jednej z leśnych ścieżek. Zza drzew wyłaniała się ładna, z drewnianymi akcentami chata. Harry pamiętał jak Hermiona nazwała kiedyś taki styl budownictwa ‘Murem Pruskim’. Dom wyglądał jak wyjęty z jakiejś niemieckiej bajki. Ciemno brązowy dach z poddaszem, białe ściany połączone z deskami tworzącymi charakterystyczny wzór, na ganku stała ciemno zielona ławka, a pod schodkami kłębiło się od różnych niezidentyfikowanych sprzętów i skrzynek. Po lewej stronie widniały gałązki bluszczu pnącego się po elewacji. Do domku prowadziła kamienna ścieżka otoczona najprzeróżniejszymi krzewami, które – jak powiedział profesor Lupin – na wiosnę zakwitają i tworzą nieco weselszy obraz.

Remus zaprosił ich gestem do środka. Przed Harrym ukazał się przytulny salon w ciepłych barwach zapraszając na odpoczynek przed ogromnym kominkiem na bufiastej kanapie w otoczeniu ręcznie wykonanych poduszek.

- Tak – odezwał się gospodarz – Nie wygląda to na męskie zacisze, ale to dom moich rodziców, a moja matka uwielbiała takie akcenty. Nie miałem czasu na remont – wyjaśnił widząc spojrzenia gości – To może pokażę wam wasze pokoje. Ty Syriuszu…

- Jak już Ci mówiłem, zaklepuję sypialnię od strony zachodniej. Nienawidzę gdy rano razi mnie słońce – powiedział kierując się do kuchni – Masz jeszcze to kakao, no nie? – krzyknął otwierając pierwszą lepszą szafkę.

Lunatyk patrzył na to bez jakiegokolwiek zdziwienia. Syriusz zawsze czuł się u niego jak u siebie. Aż za.

- Szukaj tam gdzie ostatnio – mruknął.

- Człowieku, to było piętnaście lat temu! Myślisz, że pamiętam? – wyłonił głowę zza framugi i spojrzał na niego krytycznie – A te maślane ciastka?

- Tam gdzie kakao.

Czarnowłosy wywrócił oczami i wymamrotał coś pod nosem. Z rozgoryczeniem zaczął ponowną eksplorację kuchni.

Harry prychnął i rozejrzał się po pomieszczeniu.

- Piękny dom, naprawdę.

Mężczyzna uśmiechnął się szczerze i wskazał na schody. Wąskie i jasne. Sprawiały wrażenie bardzo niestabilnych.

- Dziękuję. Chcesz zobaczyć swój pokój? Mam nadzieję, że będzie Ci odpowiadał.

Zaprowadził go na poddasze i wskazał na pierwsze drzwi po lewej. Sypialnia była utrzymana w jasnych tonach. Górował tam kolor beżowy i biały. Miękkie pojedyncze łóżko stało pod oknem, które było zakryte firanką, parapet ozdabiało korytko z miniaturowymi iglakami. Na ziemi leżał cielisty puchowy dywan, obok stało biurko, a nad nim wisiała półeczka z małą kolekcją książek i jakiś komiksów. Na niej prosta lampa. Nie zabrakło też obszernej, ładnie zdobionej szafy i wygodnie wyglądającego fotela w kolorze écru. Urzeczony Potter obrócił się w stronę profesora i posłał mu najpiękniejszy uśmiech na jaki go było stać.

- Dziękuję. Jest wspaniały.

Coś tknęło Lunatyka. Czyżby był to ten uśmiech, który rozczulał jak i podnosił na duchu, czyli te błyski, tak dobrze mu znane w oczach dzieciaka? Odwzajemnił gest i podał mu mały klucz.

- To klucz do pokoju – przekazał lekki przedmiot – Obiad będzie za godzinę. Nie musisz się też martwić czarowaniem. Magiczne bariery otaczające ten dom są tak silne, że ministerstwo nie jest wstanie wykryć czy ktoś nieletni tu czarował czy nie – uśmiechnął się – Kuchnia jest tam gdzie wszedł Syriusz w poszukiwaniu ciastek. Lubisz kaczkę z jabłkami, prawda?

Chłopak pokiwał ochoczo głową.

- Nie wybrzydzam jeżeli chodzi o jedzenie.

Lupin zachichotał.

- Dobrze, to ja Cię zostawiam. Rozpakuj się i jakbyś chciał, możesz pozwiedzać nieco dom.

- Okay.

Drzwi zamknęły się z cichym kliknięciem, a zadowolony Harry opadł na łóżko i spojrzał na sufit. Miał wrażenie jakby było coś tam napisane, jednak nie mógł tego odczytać, gdyż litery w zdaniach były… nie takie jak w angielskim? Przypominały bardziej cyrylicę, a może Grekę?

Z zaciekawieniem sięgnął do półki i zaczął przeglądać jej zbiór. Znalazł stare wydanie „Quidditcha przez wieki”, nieznane mu dotąd podręczniki o obronie przed czarną magią oraz dość pokaźną kolekcję mugolskich komiksów. Zareagował śmiechem gdy ujrzał „Supermana”. Nigdy nie rozumiał, dlaczego super bohaterzy nosili gacie na leginsach.

Jego uwagę przykuła szamocząca się w klatce Hedwiga, która jak widać była głodna i chciała wylecieć na zewnątrz, by zapolować.

- Już, dziewczynko – otworzył drzwiczki i wziął ptaka na rękę. Z trudem otworzył skrzypiące okno i wypuścił sowę. Jej postura w kilka chwil zniknęła za gęstym lasem. Chłopak spojrzał na krajobraz przed nim.

Gdzie mógł być?

Austria? Alaska? Na pewno tam gdzie były góry. I chłodno. Jego nos był tak czerwony od mrozu, że bez problemu mógłby być nazwany Rudolfem.
Stwierdził, że nie będzie siedział na marne w pokoju przez godzinę, więc zdecydował się wyjść i pozwiedzać posiadłość profesora.

~~*~~



10 komentarzy:

  1. Cześć,
    Rozdział fajny.
    Musze lecieć
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej :D
      Dziękuję!
      Pzdr, Cennetyn Black :)

      Usuń
  2. Jestem, jestem !
    Mam zawał, bo myślałam, że już porzuciłaś to opowiadanie. Rozdział fajny, ale... Syriuszu, no powiedz mu wreszcie !! UGH.. Zakładam, że nie będzie to spokojna reakcja ! 😀
    Pozdro,
    Nikkitka Lily Aries Evans Potter Black Lupin Malfoy Riddle :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hey :D Nie, nie, nie porzuciłam :v

      Pzdr, Cennetyn Black

      Usuń
  3. Witam.
    Przepraszam, że dopiero teraz komentuje, ale nie wiedziałam co mam tu napisać.
    Powiem na wstępie, że rozdział jest świetny :) Masz talent i nie zmarnuj go.
    Może jednak brakuje jednej rzeczy (ale to jest twój blog i może nie chcesz, aby ta "rzecz" wystąpiła, każdy ma inny gust), np. koszmary Harry'ego, Voldemort.
    Nie mogę się doczekać również jak Syriusz powie wreszcie TO Harry'emu. Nie mogę się doczekać.
    Życzę weny i miłych wakacji. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hey,
      Też się nie mogę doczekać :D Wiem kiedy to będzie. Mogę powiedzieć, że zaraz, za moment, zrobić krok i już :v
      Koszmary Harry'ego - faktycznie ich nie uwzględniłam, ponieważ Voldemort odrodzi się dopiero za rok (w fabule). Nie jest to wytłumaczenie, ale ich występowanie (jak dla mnie) zacznie się wtedy, kiedy okres czasu pomiędzy czasem akcji a dniem odrodzenia Toma się skurczy - bardzo. skurczy. Początek czwartego roku albo końcówka wakacji byłaby odpowiednia. A że mamy dopiero grudzień, to nie chcę go tak szybko męczyć. Będę dla niego łaskawsza :D

      Dziękuję i nawzajem!

      ♦♥♦ Cennetyn Black ♦♥♦

      Usuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej!
    Rozdzialik mega. Przyjemnie się czyta. Z niecierpliwością czekam na Syriusza kiedy podejmie ten krok...
    Super piszesz, czysty talent.
    Dziękuję, że stworzyłaś tego bloga. Polecam zainstalować Bloggera na telefon, aby być jeszcze bliżej swojego bloga <3
    Pozdrawiam i życzę weny...
    Angie
    OdpowiedzUsuń

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. Sorki laptop i się laguje XD Nie zwracaj uwagi na "OdpowiedzUsuń" w komentarzu XD

      Usuń